Norbert Lippóczy

 

ks. Tadeusz Bukowski

 

Norbert Lippóczy - kolekcjoner i wielki darczyńca

Wspomnienie wygłoszone podczas Sesji naukowej

z okazji Dnia Fundacji im. Hetmana Jana Tarnowskiego,

19 maja 2000 r.

 

Przed czterema laty, 27 czerwca, Tarnów pożegnał inżyniera Norberta Lippóczego.

Odszedł od nas w wieku 94 lat.

Cmentarz na Burku był świadkiem ostatniej jego drogi i pewnie zapamiętał choćby takie sformułowania:

- Honorowy Obywatel Miasta Tarnowa;

- Węgier z urodzenia, Polak z wyboru;

- zamieszkały w Tarnowie od 1929 roku

- Założyciel i długoletni Prezes Tarnowskiego Towarzystwa Przyjaciół Węgier

- Człowiek o wielkim sercu, przyjaciel Polaków który dorobkiem kolekcjonerskim całego życia wzbogacił zbiory tarnowskich Muzeów.

- Wielokrotnie odznaczany, m.in. medalem za zasługi dla kultury polskiej.

- Człowiek wielkiej kultury, bezinteresowny, niezwykle skromny, serdeczny, prawdziwie dobry , człowiek wielkiej wiary.

Zaproszony do udziału w Sesji "Wybitni tarnowianie" spełniam dług wdzięczności do jakiego poczuwa się Tarnowska Diecezja, a szczególnie Muzeum Diecezjalne. Oto bowiem szeroko znana i ceniona kolekcja obrazów ludowych na szkle w Tarnowskim Muzeum Diecezjalnym prawie w całości jest darem Norbeta Lippóczego.

Pragnieniem moim jest więc przywołać dzisiaj postać tego wybitnego - wielkiego tarnowianina.

On sam - pewnie tak by zaczął opowiadać:

Rodzina Lippóczych1 wywodzi się z komitatu (województwa) Saros (czytaj Szarosz) z tzw. Górnych Węgier, gdzie już w XVII wieku posiadała majątek ziemski w miejscowości Lipócz. Stąd też nazwisko rodowe - Lippóczy, w takiej formie wymienione w dokumencie potwierdzenia szlachectwa, otrzymanym od ówczesnego króla węgierskiego w roku 1654. Pod koniec wieku XVII jedna gałąź rodu, właśnie ta, nas interesująca, przeniosła się na Spisz gdzie pod Podolińcem posiadała niewielki majątek ziemski. W owych czasach należało do tradycji, by ziemianie zamieszkujący na północy ówczesnych Węgier posiadali winnice w okolicy "tokajskiej" na pokrycie potrzeb domowych. W tych czasach wielu Polaków przebywało na Spiszu i posiadali tam majątki ziemskie. Życie towarzyskie między węgierskimi i polskimi rodzinami było bardzo ożywione i często rodziny te spotykały się przy biesiadnym stole, na którym zawsze podawano wino tokajskie.

O serdeczności tych kontaktów świadczy i to, że wielu Węgrów wchodziło w koligacje z rodzinami polskimi. Jak wspominał pan Norbert: "wśród moich praprababek znajdują się nazwiska takie jak Kawecka czy Barwulska".

W tych warunkach początkowo wina tokajskie dostarczano polskim krewnym i przyjaciołom na zasadzie przyjacielskich prezentów. Później jednak, z biegiem lat, gdy "coraz częstsze i poważniejsze zamówienia napływały z Polski do moich pradziadków, dostawy te nie ograniczały się tylko do prezentów, ale w wielu wypadkach stawały się transakcjami handlowymi, zaś najwcześniejszy dokument - rachunek za dostarczone Polakom wina tokajskie pochodzi z 1768 roku2. Gdy te zamówienia stały się coraz częstsze i poważniejsze, pradziadkowie musieli poważnie powiększyć swoje winnice w Tàllyi koło Tokaju i tamtejsze piwnice rozbudować. Pradziadek mój Józef (1787-1839) sędzia komitatcki oraz dziadek mój Ferenc (1812-1891), który we Wiedniu ukończył Akademię Handlową i przez 50 lat był burmistrzem Podolińca, już regularnie dostarczali wina tokajskie do Polski. Wina z Tàllyi zrazu przewożono do Podolińca podwodami, tam zaś przeładowywano cały transport na tratwy (oczywiście przy wysokim stanie wód Popradu) a potem płynęły one dalej Dunajcem i Wisłą do odbiorców w Polsce. Kiedy już zbudowano koleje żelazne, dostawa stała się mniej skomplikowana, zwłaszcza w granicach monarchii Austro-Węgierskiej. W latach 80-tych XIX wieku mój ojciec Norbert-senior (1857-1932) absolwent koszyckiej Akademii Rolniczej, przejął prowadzenie winnic w Tàllyi i dostawę win tokajskich za granicę, przede wszystkim do Galicji. Miał także wielu odbiorców w zaborze rosyjskim, w Wielkopolsce i na Śląsku. Dostarczał również wina do Stanów Zjednoczonych. Tu pragnę nadmienić, że słynna firma Fukierów w Warszawie była również odbiorcą win naszej rodziny jeszcze za życia mego dziadka.

Pierwsza wojna światowa przerwała nasze długoletnie kontakty z polskimi odbiorcami. Ponownie nawiązał je mój ojciec w roku 1929, gdy razem ze mną (Norbert Lippóczy-junior) wybrał się do niepodległej już Polski. Odwiedziliśmy wówczas wspólnie wielu dawnych odbiorców, rekrutujących się głównie z księży, jako że ojciec mój od dawna był zaprzysiężonym dostawcą win mszalnych.

Zakopane było pierwszą miejscowością, gdzie zatrzymaliśmy się w Polsce. Zwiedziliśmy tam Muzeum Tatrzańskie, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem obrazki ludowe malowane na szkle, a że zawsze byłem miłośnikiem sztuki ludowej, wywarły one na mnie ogromne wrażenie.

W drodze z Zakopanego w głąb kraju odwiedziliśmy m.in. księdza Karola Machaya w Lipnicy Wielkiej na Orawie. Ksiądz Machay mówił dobrze po węgiersku. Mogłem więc z nim porozmawiać w moim ojczystym języku (wówczas nie znałem jeszcze języka polskiego) nie tylko o winie ale i na temat tak mnie fascynujący: obrazki ludowe malowane na szkle. Na moje pytanie: czy takie obrazki można jeszcze znaleźć w chatach góralskich, ksiądz Machay odpowiedział twierdząco, zaznaczając że są już rzadkością. Przeszedł jednak do drugiego pokoju i wróciwszy z miłym uśmiechem wręczył mi obrazek przedstawiający "Świętą Annę nauczającą Matkę Boską". Radość moja była ogromna i nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, że obrazek ten jest zalążkiem moich późniejszych zbiorów. Podróż po Małopolsce pozwoliła nam zorientować się, że najkorzystniej byłoby założyć ekspozyturę naszych winnic w Tarnowie, w mieście leżącym na tzw. węgierskim szlaku, przy ważnym węźle kolejowym, oddalonym w prostej linii tylko 263 km od Tàllyi  na Pogórzu Tokajskim. W tym celu nawiązaliśmy stosunki handlowe ze Składnicą Kółek Rolniczych w Tarnowie, która otwarła skład win w narożnym budynku przy Placu Kazimierza, zajmując w nim całą piwnicę.

Do otwarcia ekspozytury w Tarnowie zachęcał nas dawny nasz odbiorca, bardzo przez mego ojca ceniony, ks. Infułat Józef Bąba. Był on gościem na Węgrzech już u mojego dziadka w Podolińcu w roku 1890, zaś mego ojca odwiedził w Tàllyi w roku 1910.

Ks. Bąba był wówczas rektorem Seminarium Duchownego w Tarnowie i założycielem Tarnowskiego Muzeum Diecezjalnego. Nie przypuszczałem wtedy, że Muzeum to będzie kiedyś tak bliskie mojemu sercu.

Prowadzenie ekspozytury naszych winnic w Tàllyi powierzył mi ojciec, jako najstarszemu swemu synowi. Rodzina nasza była bardzo liczna. Już mój ojciec miał jedenaścioro rodzeństwa, zaś u nas w domu było siedmioro dzieci".

Wielki tarnowianin - Norbert Lippóczy:

Urodził się 11 marca 1902 roku w Tàllyi. Gimnazjum Realne ukończył w Koszycach i tam, podobnie jak jego ojciec, zapisał się na Akademię Rolniczą.

Po roku studiów, po przyłączeniu Koszyc do powstającej Czechosłowacji, przeniósł się na Akademię Rolniczą w Debreczynie. Ukończył ją w roku 1924 a dla pogłębienia studiów odbył roczną praktykę rolniczą w Danii i we Finlandii. Od roku 1930 już na stałe zamieszkał w Tarnowie. Tu poznał przyszłą swoją moją żonę Kornelię. Ślub odbył się w roku 1933 w Katowicach, gdzie p. Kornelia mieszkała z rodzicami a małżeństwo ich błogosławił ówczesny dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Tarnowie - ksiądz Prałat Stanisław Bulanda.

Przedsiębiorstwo prowadzone początkowo przez Składnicę Kółek Rolniczych, w roku 1933 przejęte osobiście przez inżyniera Norberta bardzo dobrze się rozwijało.

Jak echo zapamiętanej melodii powracała myśl o stworzeniu zbiorku obrazów ludowych na szkle malowanych.

Urok bezpośredniości i prostota wyrazu tych obrazów, dekoracyjne ich bogactwo i zestawienia kolorystyczne tak go opanowały, że zaczął zbierać i studiować dotyczącą ich literaturę. Każdego roku, co najmniej 4-5 razy bywał na Węgrzech celem doglądania winnic i zestawiania kolejnych transportów wina przeznaczonych do Polski, do piwnic w Tarnowie.

Te częste wyjazdy do Węgier stwarzały mu doskonałe warunki dla zbieractwa obrazków ludowych na szkle malowanych. Drogę do Węgier wybierał każdorazowo inną trasą i wcale nie głównymi traktami. Wybierał boczne, polne drogi wśród wiosek góralskich nie odwiedzanych przez turystów. Nie omijał także antykwariatów w Koszycach i w Budapeszcie. W ten sposób jego poszukiwania obrazków na szkle objęły całą południową Polskę, zaczynając od Cieszyna i na Huculszczyźnie kończąc. Często korzystał z pomocy miłych znajomych księży, którzy pomagali mu w poszukiwaniu obrazków; znali bowiem dobrze chaty swoich parafian. Nawet rodzinne urlopy-wypoczynki były podporządkowane temu zbieractwu. Wakacje spędzane z żoną w Siedmiogrodzie, w Rumunii, czy na Słowaczyźnie zawsze bogato owocowały.

On sam tak pisał w cytowanych wspomnieniach: "Tak minęły szczęśliwe lata 1929-1939, w których nie tylko przedsiębiorstwo rozwijało się znakomicie a nasze młode małżeństwo pełne szczęścia cieszyło się urodzonym w roku 1935 synkiem, ale i zbiory sztuki ludowej rozrosły się znacznie. Zebrałem w tym stosunkowo krótkim czasie 138 obrazków i ikon na szkle, 200 sztuk ceramiki huculskiej i około 40 świątków małopolskich".

"Nagły wybuch II wojny światowej zakończył te piękne czasy. 5 września 1939 roku, jak dziesiątki i setki tysięcy obywateli polskich, i ja z moją rodziną ulegliśmy ogólnej panice. Zostawiając wszystko na pastwę losu wyjechaliśmy autem na Wschód, z zamiarem przejścia granicy w Karpatach, koło Jaremcza, by przez Ruś Zakarpacką dojechać do mojej rodziny w Tàllyi.

Jednak całkowicie inny los niespodziewanie przypadł nam w udziale".

Koło Dubna, w Horupaniu, po wielkich trudach zmuszeni byli się zatrzymać. Zdecydowali powrócić do Tarnowa wynajętą jednokonną furką. Końcem listopada 1939 roku dojechali do mostu na Bugu, gdy już zamknięto granicę dla powracających polskich uchodźców.

W styczniu 1940 roku próba nielegalnego przejścia granicy nie powiodła się. Zaaresztowano ich,

P. Kornelię wraz z czteroletnim synkiem Piotrem po kilku dniach wypuszczono na wolność.

On sam za próbę nielegalnego przejścia granicy państwowej został przez bolszewików skazany na 5 lat ciężkich robót w łagrach. W roku 1945 został zwolniony, jednak do Polski powrócić nie mógł. Konwencja zawarta miedzy PRL a ZSRR objęła jedynie reemigracię obywateli polskich narodowości polskiej i żydowskiej, nie przewidując reemigracji innych narodowości, w tym i Węgrów.

Do Polski powrócił w 1953 roku, gdyż dopiero wtedy udało się żonie  uzyskać dla niego paszport konsularny.

Wrócił do Tarnowa, do swoich.

Jego własne przedsiębiorstwo było już dawno upaństwowione, ale uzyskał zatrudnienie w Zakładach Spożywczych "POWIN" i w charakterze kierownika octowni pracował aż do przejścia na emeryturę w roku 1968.

Wrócił do swoich pasji - do kolekcji.

Obrazki na szkle we wrześniu 39 roku pozostawione w ekspozycji domowej, rozwieszone w klatce schodowej i w przedpokoju na piętrze, przetrwały dzięki trosce i poświęceniu jego żony. Prawie wszystko udało się jej zachować. Jedyne straty to zabrane przez żandarmów zbiory filatelistyczne oraz trochę książek i fotografii.

W cytowanym pamiętniku zamieścił takie wyznanie:

"W trzy lata później, (chodzi o jego powrót do Tarnowa) po długich przemyśleniach, postanowiłem podarować moje zbiory sztuki ludowej społeczeństwu tarnowskiemu. Widziałem w tym gest wdzięczności Węgra, który w roku 1929 osiedlił się w Tarnowie, przeżył w tym mieście wiele szczęśliwych lat a Polska stała się dlań drugą, przybraną ojczyzną. Chciałem także okazać wdzięczność społeczeństwu Tarnowa, które w czasie bolesnych wydarzeń na Węgrzech (jesienią 1956 roku) w przeciągu paru dni samorzutnie zebrało 125 litrów krwi i dwa wagony żywności i odzieży dla poszkodowanych mieszkańców Budapesztu... dla potrzebujących braci węgierskich, bez różnicy, po której stronie barykady oni walczyli. Moją decyzję wyraziłem na walnym zgromadzeniu Tarnowskiego Towarzystwa Przyjaciół Węgier, gdzie w zarządzie zasiadał także ówczesny dyrektor Muzeum Diecezjalnego - ks. dr Władysław Smoleń. Jemu więc zaproponowałem, by moje zbiory sztuki ludowej znalazły stałe locum w budynkach Muzeum Diecezjalnego.

Pewną rolę w powzięciu tej decyzji odegrały serdeczne powiązania łączące mnie przed wojną z długoletnim dyrektorem tegoż muzeum, wielkim entuzjastą sztuki, księdzem Stanisławem Bulandą a także wspomnienie miłych kontaktów mego ojca z księdzem Infułatem Józefem Bąbą, którego również znałem osobiście".

Znałem osobiście p. Norberta. Po dyplomie z historii sztuki, gdy dane mi było włączyć się w działalność Muzeum  znajomość nasza stała się przyjaźnią, dla mnie tak dalece wyróżniającą: jako kapłan-przyjaciel uczestniczyłem w modlitwach jego ostatnich dni. Zmarł 24 czerwca 1996 r.

A gdyby tak pokonać umieranie w człowieku?

Wypisywane na sarkofagach i epitafiach wyznanie Horacego "NON OMNIS MORIAR" wskazuje na ciągle żywe dzieła:

- zbierane exlibrisy w większości trafiły jako dar do Muzeum Okręgowego w Tarnowie,

- część zbioru exlibrisów posiada Muzeum Rolnictwa w Budapeszcie, oraz Muzeum Wina w Zielonej Górze, a także Muzeum Fukiera w Warszawie.

W budynku Scholasterii Muzeum Diecezjalnego w Tarnowie znajduje się galeria ludowych obrazów na szkle malowanych - kolekcja Norberta Lippóczego.

Dla naszego ofiarodawcy, akt przekazania zbiorów sztuki ludowej nie znaczył bynajmniej, że jest to zbiór zamknięty, lub że zerwana została więź łącząca kolekcjonera z jego wspaniałym dziełem. On dalej sam opiekował się tą kolekcją i jako pracownik Muzeum Diecezjalnego opracował iwentaryzację kolekcji, urządził jej ekspozycję a także dzięki kontaktom kolekcjonerskim ciągle ją powiększał.

Wybitny znawca tej twórczości Józef Grabowski tak kreśli ich najogólniejszą definicję: "są to obrazy o znamiennej dla stylu ludowego formie i treści artystycznej, które powstały, rozwinęły się i dostosowały do kultury ludowej po przejściu malarstwa na szkle na usługi ludu. Charakteryzuje je: czarny lub barwny kontur obrysowujący przedstawioną postać oraz dodawane jej przeważnie ornamenty; płaskie traktowanie osób, rzeczy i ornamentów, co wyraża się również w przetworzeniu wszelkich cieniowań na dekoracyjne szrafowania zdobiące płaszczyzny barwne, ale nie imitujące trzeciego wymiaru; posługiwanie się najczęściej kilku barwami prostymi, zazwyczaj niezłamanymi, kładzionymi równomiernie na większych płaszczyznach oddzielonych od siebie konturami; częste wprowadzanie do obrazu złota a niekiedy i srebra, w postaci cieniutkich folii metalowych i pozłótki, przyklejanych do szkła; zapożyczanie treści ikonograficznej prawie wyłącznie religijnej, przez swobodne kopiowanie jej z wzorów graficznych, nieludowych; dodawanie ornamentyki kwiatowej lub innej, stanowiącej główny wkład oryginalny artysty ludowego w swoje dzieło. Dekoracja taka, jakkolwiek bardzo częsta, nie występuje jednak we wszystkich obrazach typu ludowego"3.

Początki tej techniki wywodzą się z Dalekiego Wschodu. Znana była w starożytności, o czym świadczą zachowane zabytki począwszy od I w. przed Chrystusem a także źródłowe wzmianki zawarte m.in. w "Historii naturalnej" Pliniusza4.

Malarstwo na szkle rozszerzając swój terytorialny zasięg, stosowane było do dekoracji relikwiarzy, mebli i tym podobnych przedmiotów, w okresie baroku i rokoka było ponoć ulubionym zajęciem mnichów w klasztorach, aż w połowie XVIII wieku rozpowszechniło się w Europie tak, że sztuka ta z mieszczańskiej stała się sztuką chłopską, na wskroś ludową5.

Początek naszego stulecia naznaczony jest naukowym zainteresowaniem obejmującym tę dziedzinę sztuki ludowej6. W roku 1918 Max Picard sięgając do najgłębszych warstw psychiki ludzkiej starał się poznać i wytłumaczyć styl, rodzaj i istotę obrazu ludowego, jego zaś rozprawa "Expressionistische Bauernmalerei" wydana w Monachium była pierwszą książką wyłącznie tym obrazom poświęconą7.

Od pierwszej polskiej rozprawy o obrazach na szkle, napisanej w roku 1914 przez przyrodnika Konstantego Steckiego8 ta dziedzina sztuki podejmowana była w badaniach Leonarda Lepszego9, Konstantego Kietlicz-Rayskiego10, czy też pod kątem zagadnień technicznych w pracy Tadeusza Seweryna11. Do tych nazwisk dołączyli później m.in. Roman Reinfuss12, Hanna Pieńkowska13, Władysław Slesiński14 oraz Józef Grabowski autor całościowego opracowania ludowego malarstwa na szkle, obejmującego jego historię, zasięg w Europie, oraz szczegółowe omówienie tej twórczości na ziemi polskiej15.

"W zadymionych wnętrzach kurnych chałup chłopskich wisiały niegdyś rzędem mieniące się kolorami obrazy na szkle. Nawet w półmroku świeciły barwnie jak bukiet kwiatów polnych, jak połyskliwe skrzydła wielkich motyli. Chroniły dom przed pożarem, patronowały imionom gospodarzy, ratowały w każdej trosce i biedzie. Z pokolenia na pokolenie szanowane i skrzętnie gromadzone ustąpić w końcu musiały pod naporem tandetnych oleodruków, jarmarcznych obrazów dewocyjnych"16. Teraz odnalezione, zebrane, uratowane wypełniają ściany muzealnych sal, nie utraciwszy nic ze swego autentyzmu i piękna.

Na pierwszy rzut oka sale wystawowe tarnowskiej "Scholasterii" wydają się być obwieszone podobnymi zupełnie malowidłami. Tak bowiem przemawiają te jednakowo lśniące taflą szkła kolorowe i wzorzyste dzieła. Wnikliwe jednak wpatrywanie się pozwala dostrzegać różnice i podobieństwa, pozwala dostrzegać wpływy różnych tendencji artystycznych, pozwala zestawiać grupy, klasyfikować je i nazywać. Jest to praca nie łatwa, gdy często brakuje danych o historii obiektu, o ich pochodzeniu i miejscu powstania, gdy brak danych o ich twórcach albo podań czy legend z nimi związanych. Historyk sztuki ucieka się więc do badania form artystycznych jako do klucza otwierającego tajemnice tychże dzieł17.

Pasja kolekcjonerska inżyniera Norberta Lippóczyego, nie ograniczona jedynie do samego zbieractwa, lecz nadto pogłębiona gromadzeniem i studiowaniem literatury przedmiotu (przekazanej również Muzeum Diecezjalnemu), zaowocowała nie tylko tak bogatą kolekcją, lecz także spojrzeniem na tę dziedzinę sztuki okiem prawdziwego znawcy. Już sam układ galerii, aranżacja wystawy w poszczególnych salach pokierowane zostały myślą zilustrowania poznanych i wyodrębnionych grup.

Nasz kolekcjoner wydzielił dwie zasadnicze grupy w malarstwie ludowym na szkle - grupę zachodnią i wschodnią, gdzie kryterium podziału pokrywa się z granicą wpływów i źródeł inspiracji ludowego malarza. Mowa więc o sztuce Zachodu lub też o inspiracji sztuką cerkiewno-bizantyńską. W każdym jednak wypadku wpływ ten, poza schematami ikonograficznymi, nie przejawia się w sposób pozbawiający sztukę ludową, właściwego jej efektu oryginalności.

Tak więc w grupie zachodniej, gdzie z reguły zauważamy dominantę cynobrowej czerwieni i głębokiego błękitu, skontrastowanych z białym przeważnie tłem a także charakterystyczny rytm kreskowań i manieryczny sposób malowania twarzy, Norbert Lippóczy wyodrębnił obrazy austriacko-czeskie, obrazy bawarskie, obrazy zwierciadlane rzemieślniczo-ludowe pochodzące z Górnej Austrii, Południowych Czech, z Moraw, z pogranicza Sudetów i Dolnego Sląska, obrazy górno-śląskie wykładane płytkami szklanymi malowanymi na odwrociu. W tej grupie obrazów o cechach oddziaływania sztuki Zachodu umieścił eksponaty z Orawy i z pogranicza, obrazy ze Spisza i pogranicza (pierwotnie błędnie nazywane podhalańskimi), oraz zespół obrazów ze środkowej Słowacji i z terenu między Czadcą a Frydkiem-Mistkiem. Tu także należą obrazy odnalezione w Polsce, na Ziemi Żywieckiej, wyodrębnione przez naszego Kolekcjonera w roku 1936 jako oddzielna grupa Żywczańska, nigdzie wówczas nie ujęta w literaturze. W roku 1948 grupa ta przez czeskich badaczy powiązana została z ośrodkiem w Czadcy z zaznaczeniem jej dotychczasowej nazwy.

W grupie zachodniej obrazów ludowych na szkle Norbert Lippóczy odkrył i wyodrębnił zespół polskich obrazów znalezionych wyłącznie w Jeleśni i tam powstałych. Cechami malarstwa zachodniego legitymują się obrazki wotywne określane mianem "odmiany częstochowskiej".

Zachodnia grupa obrazów ludowych na szkle malowanych obejmuje także twórczość Karola Oskwarka z Jabłonki Orawskiej18, czy innych współczesnych twórców jak: Helena Roj-Ciaptakowa z Zakopanego, Maria Lenczewska z Bielska Białej, Jolanta Pęksowa z Zakopanego czy Maria Jasińska, malarka z Paszyna.

W zbiorach znajdujemy również eksponaty pochodzące z Hiszpanii i Alzacji należące także do grupy zachodniej.

Grupę wschodnią, czyli grupę ikon ludowych na szkle malowanych ilustrują dzieła pochodzące z Huculszczyzny, zestawione jako wschodnio-pokuckie wczesne, wschodnio-pokuckie z 2 poł. XIX wieku, bukowińskie, zachodnio-pokuckie, serbskie i rumuńskie. Grupę obrazów zachodnio-pokuckich ilustruje w naszych zbiorach zespół 17-tu obrazów, zwanych przez samego Kolekcjonera "dumą naszej galerii". Są to dzieła Polaków, Piotra i Karola Niemczyków z Bohorodczan, artystów operujących czerwienią zestawioną z chłodem zieleni, pozostawianiem białego tła, cienkim konturem i grubym czarnym akcentem modelującym draperie.

Niestrudzony w poszukiwaniach Kolekcjoner wyodrębnił także w tarnowskiej kolekcji grupę obrazów egzotycznych a pochodzących z terenu Syrii i Indii19.

Należy podkreślić także i to, że ze zbiorów Norberta Lippóczyego pochodzi piękny piec w sali tarnowskiego Muzeum Diecezjalnego, zestawiony z pokuckich kafli, tak bardzo dodający autentyzmu galerii ikon na szkle malowanych.

Nie wszystkie to słowa, jakie należałoby wypowiedzieć dla wyrażenia pełnej rangi tarnowskiej kolekcji i zasług samego Kolekcjonera. Czy jednak słowa takiej oceny istnieją? Każde, użyte tutaj słowo, będzie za małe, niewystarczające...

Zwiedzającym Muzeum Diecezjalne w Tarnowie z prawdziwą dumą i wdzięcznością ukazuję tę wspaniałą kolekcję obrazów - owoc ofiarnego trudu rozmiłowanego w tych malowidłach Węgra - tarnowianina, który obdarowany kiedyś pierwszym eksponatem, po latach tarnowską diecezję i społeczeństwo Tarnowa całą kolekcją sam obdarował.

 

 

 

Przypisy

 

1.     N. Lippóczy, "Semper sitio", w: Polska Sztuka Ludowa XXIX: 1975, nr 1-2., s. 19-44.; Tenże, Niektóre dane o rodzie Lippóczych (mps) Tarnów 1985. Piszący wyraża podziękowanie za udostępnienie tychże materiałów.

2      Tamże. By nie zacierać wrażenia nieskażonej prawdy autor oddaje pióro w dłoń wspominającego swe dzieje Kolekcjonera.

 

3.     J. Grabowski, Ludowe malarstwo na szkle, Wrocław - Warszawa - Kraków 1968, s. 11.

4.     W. Slesiński, Techniki malarskie oparte na spoiwach organicznych, w: Zeszyty Naukowe Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Kraków 1974, s. 54.

5.     Tamże.

6.     Franz Marc wraz z gronem młodych artystów niemieckich, szukając wyjścia z impasu w jakim na pocz. XX wieku znalazła się "sztuka uczona" pierwszy zwrócił uwagę na malarskie wartości ludowych obrazów na szkle. Por. J. Grabowski, dz. cyt., s. 7.; A. Engelmayer, Ludowe obrazy na szkle na Węgrzech (mps), Warszawa 1969, s. 12.

7.     J. Grabowski, dz. cyt., s. 7.

8.     K. Stecki, Ludowe obrazy na szkle z okolic podtatrzańskich, w: Rocznik Podhalański 1, Zakopane - Kraków 1914-1921, s. 189-215.

9.     L. Lepszy, Obrazy ludowe na szkle malowane, Kraków 1921.

10.   K. Kietlicz-Rayski" Sztuka Góralska na Podhalu, Lublin 1928.

11.   T. Seweryn, Polskie malarstwo ludowe, Kraków 1937.

12.   R. Reinfuss, Malarstwo ludowe, Kraków 1962.

13.   H. Pieńkowska, Podtatrzańskie obrazy na szkle, Warszawa 1961.

14.   W. Slesiński, dz. cyt.

15.   J. Grabowski, dz. cyt.

16.   H. Pieńkowska, dz. cyt., 5. 5.

17.   H. Pieńkowska, dz. cyt., s. 5-6.

18.   Obrazy te, jak wspomina Kolekcjoner, niezmiernie trudno było nabyć, bowiem sam artysta, czynny już przed rokiem 1939, był bardzo nieufny, obawiając się opodatkowania za sprzedane dzieła.

19.   Obrazy odnalezione na aukcji w Paryżu, pozyskane zostały drogą wymiany za pokuckie kafle.